Tak się złożyło, że akurat pod koniec lipca wylądowałem na chwilę w Jastarni. Odwoziłem Tamarę na obóz surfingowy i początkowo planowałem wracać stamtąd pociągiem – przyjazd po 14 i powrót tego samego dnia po 16. Kupiłem nawet bilet, ale w międzyczasie sprawdziłem na Komoot jak wyglądałaby trasa stamtąd do Milanówka. Odległość to około 430 km, przy rozłożeniu na dwa dni i trasie głównie po asfalcie osiągalna pomyślałem. Chociaż jest to trasa łatwa z około 1500 m przewyższeń wiedziałem, że nie przejadę jej longiem. Zarezerwowałem sobie nocleg w Kwidzyniu w najmie krótkoterminowym, którego dużą zaletą jest możliwość zameldowania się o dowolnej porze. Zakładałem wyjazd o 15:30 z Jastarni i dotarcie po 160 km do Kwidzynia około północy – zakładając godzinę postoju i średnią 21 km/h. Kolejnego dnia 266 km do przejechania, przy założeniu startu o godzinie 6:00, średniej 19 km/h planowałem być na godzinę 22 w Milanówku.

Takie były założenia.

PKP nie należy do najsprawniejszych przewoźników – pociąg miał godzinę opóźnienia i w Jastarni byłem przed 16, a ruszyłem z niej grubo po 17:00.

Trasa faktycznie była łatwa i ładna, w dużej części poprowadzona po ścieżkach rowerowych. Sam Półwysep Helski na rowerze jest jednym z ładniejszych miejsc na wycieczkę rowerową, zdecydowanie wart zobaczenia. Ścieżka rowerowa z Półwyspu do Trójmiasta również jest przyjemna i świetnie przygotowana.

Średnią udało mi się utrzymać na poziomie 21,5 km/h przy 45 minutach postoju, ale przed 23 dojeżdżałem dopiero do Tczewa i wiedziałem już, że do Kwidzynia nie dojadę. Zostało mi do niego około 47 km, czyli 3 godziny, a na tyle nie miałem już siły. Wizja, że dojadę na nocleg o 2 w nocy, a następnego dnia muszę ruszyć bladym świtem, żeby dojechać o sensownej porze do Milanówka skutecznie zachęciła mnie do znalezienia hotelu i powrotu następnego dnia pociągiem. Tym nie mniej wycieczkę uznaję za bardzo udaną.